środa, 2 marca 2016

doradztwo dla rodziców - Reinickendorf

Coś dla świeżo upieczonych dzieciatych berlińczyków - "mobilne doradztwo". Codziennie w różnych punktach dzielnicy Reinickendorf można zasięgnąć porad na wszelakie tematy związane z dziećmi w wieku 0-6 lat, np. odnośnie szukania miejsca w przedszkolu oraz uzyskać pomoc w załatwieniu formalności. Osoby prowadzące władają różnymi językami, polskiego niestety brak, z bardziej popularnych jest angielski. Link do ulotki: In Neuer Nachbarschaft

Polecam, ta sama ekipa prowadziła świetny kurs niemieckiego dla dzieci obcokrajowców.

piątek, 6 listopada 2015

przedszkole polskie i niemieckie - porównanie

Zrządzenie losu sprawiło, że nie mieszkam już w Berlinie. Dało mi to okazję porównać dwa przedszkola: niemieckie i polskie. Zestawienie wyszło dość ciekawie
 
Bezpieczeństwo
Szukając miejsca i zapisując się na listę oczekujących, odwiedziłam siedem niemieckich przedszkoli. To, co zobaczyłam,nie zachwyciło mnie specjalnie. Cztery stały całkowicie otworem, każdy mógł wejść i szwendać się do woli. Dwie małe placówki miały domofon i nie dało się wejść niezauważonym, bo kadra patrzyła, kogo przyniosło, trzecia mimo domofonu była zbyt duża, by to "zabezpieczenie" coś dało.
Do przedszkola polskiego wchodzę na elektroniczny breloczek, który nie tylko otwiera mi drzwi, ale i rejestruje wszystkie wejścia i wyjścia.



Czas pobytu na powietrzu, ruch
Wygrywa placówka niemiecka. Przy ładnej pogodzie dzieci były cały dzień na dworze, nawet rysowanie odbywało się na przedszkolnej werandzie. Praktycznie codziennie odbywały się wyjścia na ogólnodostępne place zabaw, nie kisili się tylko na swoim podwórku. Gimnastyka była wpisana w normalny tok zajęć, a nawet organizowano jogging po pobliskim parku. Należało też przynieść kalosze, okrycie przeciwdeszczowe i nieprzemakalne spodnie - kiepska pogoda to nie powód do rezygnacji z wyjścia!
 W Polsce niestety nasze przedszkole ma do dyspozycji tylko własny placyk, brak w pobliżu terenów zielonych. Gimnastyka jest dwa razy w tygodniu jako zajęcia dodatkowo płatne.

Posiłki
Tu mam uczucia mieszane. W niemieckim śniadania i popołudniową przekąskę (owoc, warzywo lub pieczywo chrupkie) dzieci musiały przynieść ze sobą. Obiady były jednodaniowe i zdawały mi się mało urozmaicone. Dyżurną potrawą był makaron z sosem, pojawiający się regularnie co poniedziałek. Często gościł na stole Eintopf  ze strączkowych (groch, fasola). W piątki zawsze ryba, raz trafił się ryż z krewetkami. W polskim jest zapewnione śniadanie i dwudaniowy obiad (ale czy naprawdę potrzebny jest tak obfity posiłek???),  poza tym dzień w dzień  mięso, też przesada.

Opłaty
Ten punkt jest dość zaskakujący. Polskie przedszkole jest droższe od niemieckiego. W Berlinie 7 godz. dziennie kosztowało 23 euro (opłata za wyżywienie). Nie wymagano też przyniesienia żadnej "wyprawki" poza odzieżą na zmianę i szczoteczką do zębów.
W Polsce za 6 godzin wychodzi ok. 150 zł / miesiąc plus 200 zł rocznie na Radę Rodziców, z której to puli finansowane są np. wycieczki. Do tego jednorazowy wydatek na materiały do prac plastycznych - ponad 100 zł. Gimnastyka, rytmika, zajęcia taneczne - płatne dodatkowo, po 32 zł miesięcznie.


Przygotowanie do szkoły
W Niemczech do szkoły idą, jak u nas, sześciolatki. Nie ma jednak czegoś takiego jak obowiązkowa zerówka. Do przedszkola, przez półtora roku przed rozpoczęciem szkoły, muszą uczęszczać tylko te dzieci, u których stwierdzono niedostateczną znajomość niemieckiego (tzw. Sprachförderung). Opanowanie języka plus tzw. "kompetencje społeczne" to główny parametr decydujący o przyjęciu do szkoły (można je opóźnić o rok w razie konieczności), posiadana przez dziecko wiedza i umiejętności (znajomość liter, liczenie) nie ma specjalnego znaczenia.
W przedszkolach niemieckich nie ma podziału na roczniki, zazwyczaj są dwie grupy, 2-4 i 4-6 lat. Tylko na niektóre zajęcia czy wycieczki dzieli się potem dzieci na podgrupy.

Edukacja
Niemieckie przedszkole - nasze przynajmniej - stawia chyba głównie na zabawę. Strona edukacyjna była, mam wrażenie, nijaka. Przez dwa miesiące dziecko przyniosło do domu jedną pracę plastyczną: trzy szyszki przyklejone do kartki papieru. W Polsce co chwila robią jakieś dzieła, i to z wykorzystaniem wszelakich dóbr papierniczych dostępnych na rynku: kolorowe brystole, klej brokatowy, cekiny itp. W programie mają angielski oraz pracę z podręcznikiem.
Nie oceniam jednoznacznie, bo nie wiem, czy w Polsce jednak nie przeciąża się zbytnio pięciolatków nauką. Ale z drugiej strony, niemiecka placówka wyglądała wręcz... biednie, organizując dzieciom zajęcia z garścią kredek i jakimś nędznym papierem, mam wrażenie, że z odzysku (stary papier drukarkowy? miewał perforowane, odrywane brzegi...).
Reformując polski system szkolnictwa i wysyłając sześciolatki do pierwszej klasy,  trąbiono że tak jest w całej Europie. Owszem, ale sądząc po przedszkolu, dopiero niemiecka pierwsza klasa jest prawdopodobnie na poziomie polskiej zerówki. A i tak pojawiają się narzekania, że sześciolatki są jednak za małe do szkoły i powinno się podnieść wiek pierwszoklasistów.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Czysty czy brudny? Dwa oblicza Berlina.

Z przykrością stwierdzam, że Berlin jest brudny. I nie, nie dajcie sobie wmówić, że jest to wina "tych brudasów ciapatych" czy przewalających się przez stolicę Niemiec tłumów turystów. Brudno jest także w miejscach, gdzie noga turysty nigdy nie postoi, bo nie ma tam żadnych atrakcji do zwiedzania. I z pewnością to nie muzułmanie są winni zalegania ton psich kup na trawnikach przylegających do chodników, ponieważ w islamie pies jest zwierzęciem nieczystym i jest niemile widziane trzymanie tych zwierząt w domu (chyba że pełni jakąś użyteczną rolę, jak np. pies przewodnik dla niewidomego).
Niemniej, to brudne oblicze Berlina nie jest na szczęście jedynym (choć niestety tym bardziej rzucającym się w oczy). Wszystko chyba zależy od lokalnego gospodarza oraz społeczności. Przykładowo moje osiedle (raczej niskie czynsze, bloki z lat 60.) jest dosłownie wylizane. Właściciele psów kupy pieczołowicie zbierają, a dozorca zmiata każdy pyłek z osiedlowych ścieżek (aż do przesady - wolałabym, żeby jednak nie latał na okrągło z ryczącą, spalinową dmuchawą do liści). Ale już parę uliczek dalej, gdzie kończy się osiedlowa atmosfera, a zaczyna przestrzeń bardziej publiczna, przydrożne pasy zieleni traktowane są jako psia toaleta.
Na berlińskie śmietnisko składają się przede wszystkim opakowania po wszelkiego rodzaju jedzeniu, kubki po kawie i tony niedopałków, szczególnie w okolicach wejść do metra. Niemcy palą na potęgę, a że na stacjach  obowiązuje zakaz palenia, oczywiście muszą się nawciągać dymu do ostatniej dozwolonej chwili. Po czym rzucają beztrosko  peta na ziemię.
Pozbądźcie się zatem stereotypów. Najczystsze, najbardziej wypieszczone mieszkanie, jakie tu widziałam (białe kudłate dywany, bielusieńka sofa, wypucowana na błysk łazienka) należało do Turka, mechanika w zakładach Daimler. Najbrudniejsze, z kuchnią lepiącą się od starego tłuszczu, stanowiło własność rodowitej Niemki.

A dla ilustracji trochę berlińskich kontrastów.

Oto Tiergarten:

 oraz Mauerpark:

 A osiedla czasem wyglądają tak:
 Ale często również tak:



niedziela, 23 sierpnia 2015

gdybym miała firmę...

...na pewno nie zatrudniłabym do zrobienia planszy promującej mój biznes grafika, który zaprojektował toto. Zagadka dla czytelników bloga: co przedstawia poniższa tablica?


czwartek, 6 sierpnia 2015

stacyjka

Ławki na stacji metra U3 Dahlem-Dorf:


Twórca, skupiając się na walorach, yyyy, artystycznych, chyba niespecjalnie wziął pod uwagę wygodę pasażerów, szczególnie na ławecze środkowej.

niedziela, 26 lipca 2015

przedszkole cz. III Pierwsze dni

I oto moja niespełna 5-letnia pociecha doczekała się wreszcie przyjęcia do przedszkola. Udało nam się znaleźć miejsce w małej placówce ewangelickiej (wszystkich dzieci 52, podzielone na dwie grupy wiekowe).
Dzieci przyjmowane są niezależnie od wyznania rodziców oraz tego, czy są ochrzczone i w jakiej wierze, natomiast w ramach zajęć są elementy wychowania religijnego - modlitwa przed jedzeniem, pogadanki z pastorem, przygotowania i udział w świętach kościelnych.

Przedszkole finansowane jest przez państwo (na podstawie bonu przedszkolnego, o którym pisałam tutaj), płacę tylko za obiady - 23 euro miesięcznie. Śniadanie oraz coś do przegryzienia w godzinach poobiednich (np. owoce) trzeba przynieść własne.

A tak wyglądały początki.
Dzień pierwszy to tylko krótka, godzinna wizyta, przeznaczona na zwiedzanie i zagospodarowanie się. Przydzielono nam wieszaczek w szatni i miejsca na półce w łazience. Przynieść trzeba było tylko rzeczy osobiste - szczoteczkę do zębów, ubrania na zmianę. Wszystko inne (papier do rysowania, kredki, plastelina itp.) zapewnia przedszkole.
Poznałyśmy także wychowawczynię bezpośrednio odpowiedzialną za dziecko. Przeprowadziła ze mną krótki wywiad (dziecko nieśmiałe czy otwarte, czy nie ma jakichś alergii pokarmowych i inne niezbędne informacje).
Wszystko zorganizowane jest tak, by nie przyjmować zbyt wielu nowych dzieci naraz i aby przez pierwsze dni wychowawczyni miała pod okiem tylko jednego takiego delikwenta.

Dzień drugi. Znów tylko na godzinkę, ale mama znika z oczu dziecka - czeka jednak w szatni.
Dzień trzeci. Po raz pierwszy bez mamy! Wypuścili mnie na dwie godzinki.
Dzień czwarty i kolejne: Jako że dziecię za mamą nie płacze, mogło zostać także na obiad (czyli chodzimy na razie 9-13). Tak mniej więcej dwa tygodnie; w kolejnym przechodzimy na "pełny etat", czyli 9-15.
Okres adaptacyjny zależy oczywiście  od wieku i charakteru dziecka.

Jak dotychczas mam same dobre wrażenia. Co mi się szczególnie podoba?
  • Bezpieczeństwo - drzwi są cały czas zamknięte, żeby wejść, trzeba zadzwonić. Nie ma możliwości, żeby po budynku pałętała się obca osoba.
  • Własna kuchnia - potrawy są skromne (np. jajko na twardo w sosie, grochówka, makaron z brokułem), ale z pewnością zdrowe (nie karmi się dzieci plastikowymi parówkami itp). Jeśli budżet pozwala, kupowane są produkty bio.
  • Absolutny zakaz przynoszenia słodkich produktów na śniadanie i popołudniową przegryzkę. Dotyczy to nawet jogurtów - wiadomo, nie każdy rodzic czyta dogłębnie etykiety, a szczególnie "jogurty dla dzieci" potrafią być bombą cukrową.
  • Sporo pomieszczeń - poza tymi do zabawy jest oddzielna salka do gimnastyki, m.in. z dużymi materacami.
  • Przy ładnej pogodzie wszystko, łącznie z posiłkami, odbywa się na dworze.
  • Do dyspozycji jest należący do parafii ogródek, z możliwością poskubania np. porzeczek prosto z krzaczka. Były też plany zorganizowania zabawy z wodą (takiej na całego, w kostiumach kąpielowych), ale znienacka upał się skończył i na razie nie wypaliło.
  • Na dwór wychodzi się także przy pogodzie kiepskiej - na taką okoliczność kazano przynieść nieprzemakalne spodnie i płaszczyk przeciwdeszczowy.
  • Dbałość o to, żeby rozłąka z mamą nie była traumą; stopniowe przyzwyczajanie do jej nieobecności. Jak dla mnie - aż do przesady, bo mam egzemplarz, który najchętniej by z przedszkola nie wychodził wcale. Ale dzieciom najmłodszym czy bardziej nieśmiałym takie łagodne przejście na pewno oszczędza stresu.

piątek, 3 lipca 2015

niemiecki dla dzieci - Berlin Reinickendorf

Jeśli macie pociechę w wieku 3-6 lat, niechodzącą jeszcze do przedszkola, a chcecie ją trochę oswoić z niemieckim, polecam kurs dla dzieci w Reinickendorf. Grupy liczą maksymalnie 12 dzieci, zajęcia odbywają się codziennie, po 3 godziny, do wyboru są dwie godziny rozpoczęcia:

8.30–11.30 Kinderzentrum Pankower Allee 51
12.00-15.00 Familienzentrum Letteallee 82–86

Szczegóły i dane kontaktowe w ulotce - pdf do pobrania.

Do grupy można dołączyć w dowolnym momencie. Na dzień dzisiejszy wiadomo, że kurs będzie trwał do końca grudnia 2015,  organizatorzy starają się o przedłużenie go na następny rok. Udział jest całkowicie bezpłatny, przynieść trzeba tylko kapcie. Wszelkie kredki, farby, plastelina itp. są zapewnione.

Trochę przypomina to przedszkole - dzieci mają organizowane różne zabawy, rysują, lepią z plasteliny, przy ładnej pogodzie wychodzą na dwór. W połowie zajęć jest krótka przerwa na małą przekąskę - owoce, warzywa, pieczywo chrupkie. Przebieg zajęć dostosowany jest do tego, że są to dzieci, które ani be, ani me po niemiecku - tzn. główny nacisk kładzie się na umiejętność nazwania spotykanych na co dzień przedmiotów i czynności.

Dzieciom można towarzyszyć, nawet przez całe zajęcia. Ja szybko się przekonałam, że najlepsze, co mogę zrobić, to spłynąć i nie przeszkadzać paniom prowadzącym :-) Skądinąd, kapitalna jest obserwacja, jak maluchy niemające w ogóle wspólnego języka (każde z innego kraju: Polska, Rosja, Rumunia, Pakistan itp.) wspólnie się bawią, a z czasem trochę zaczynają się porozumiewać ze sobą po niemiecku.

Z efektów jestem zadowolona - myślę, że było to dobre przygotowanie do przedszkola. Dziecko rozumie wiele poleceń, umie poprosić o jedzenie, picie czy wyjście do toalety. A także, wydaje mi się,  naskarżyć, jeśli ktoś bije :-)

Uwaga - kurs nie zastępuje obowiązkowego douczania językowego przed pójściem do szkoły, więcej o tym we wcześniejszym poście: przedszkole cz. II Sprachförderung. Stanowi jednak świetną "poczekalnię" przed rozpoczęciem przedszkola, szczególnie dla dzieci, które nie chodziły do niego w Polsce. Oswaja z pobytem bez mamy i z obcym językiem. Polecam!