sobota, 3 sierpnia 2013

pierwsze wrażenia - szału nie ma

W chwili, kiedy zaczynam pisać tego bloga, znajduję się na rozdrożu. Wszystko wskazuje na to, że za kilka tygodni (miesięcy?) wyląduję na stałe na "planecie Berlin". A jeśli nawet nie, chcę utrwalić moje wrażenia z dwumiesięcznego pobytu, stanowiącego częściowo wakacje, a częściowo przeznaczonego na rozeznanie w temacie "czy warto tu zamieszkać?".
Pierwsze wrażenia nie były najlepsze. Zaczęło się od mozolnego przebijania się samochodem przez zakorkowane miasto w kierunku naszej kwatery w dzielnicy Marienfelde, co zajęło jakieś dwie godziny (!). Przewala się tu gigantyczna ilość aut, a ruch dodatkowo spowolniony jest licznymi remontami dróg. Asfalt - żadna rewelacja, nie jest bynajmniej idealnie gładką taflą; w wielu miejscach sprawia wrażenie mocno sfatygowanego. Z drugiej jednak strony nie natknęliśmy się na sfuszerowane (wystające albo zapadnięte) studzienki czy dziury, na których można zwichnąć sobie koło, co w Polsce jest na porządku dziennym. Jeśli spodziewacie się tu lepszej synchronizacji świateł - też się zawiedziecie. Tak jak i u nas, co chwila staje się na czerwonym. Jeśli zatem wybieracie się do Berlina, to warto pociągiem. Odpada stanie w korku i kłopoty z parkowaniem (kosztownym!).

Być może moje oczekiwania były zbyt duże. Spodziewałam się czegoś lepiej zorganizowanego, czystszego, bardziej zadbanego. Jednak w trakcie dalszego pobytu zaczęłam dostrzegać szczegóły i szczególiki sprawiające, że chyba jednak Berlin to całkiem inna planeta niż moje rodzinne miasto.