środa, 31 grudnia 2014

Weihnachtsmarkt przy pałacyku Charlottenburg

Po doświadczeniach z jarmarkiem świątecznym na Alexanderplatz wydawało mi się, że jak na ten rok Weihnachtsmarktów mam dość. Ale pierwszego dnia świąt wyszło miłe słoneczko i grzechem byłoby gdzieś się nie wybrać. Padło na Charlottenburg.
Co do tego, że nie lubię miejsc zatłoczonych, nie zmieniam zdania. Weihnachtsmarkt w Charlottenburgu jest jednak o wiele przyjemniejszy od tego na Alexanderplatz. Nie ma tu w pobliżu ogromnych centrów handlowych i przelewających się przez nie tłumów, nie potykamy się o wyciągnięte nogi żebraków urzędujących pod ścianami budynków. A kiedy znuży nas zgiełk, możemy uciec przed nim do pałacowego parku.
Nie ma co ględzić, pokazuję zdjęcia.



Zdjęcie może tak dokładnie tego nie oddaje, ale są to pralinki giganty, rozmiaru muffinki mniej więcej:



 

Pora na część artystyczną:

Ten zardzewiały złom wykonany jest z... gorzkiej czekolady:





Oprócz tego, co widać na fotkach, dużo stoisk z prażonymi migdałami, gorące kasztany, Eierpunsch (grzane wino z żółtkami), Glühwein (grzane wino z korzeniami), budki z potrawami z różnych stron Europy.  Jeśli ktoś lubi takie klimaty, mogę polecić.
Podobało mi się na tyle, że odłożę na bok swój wredno-krytyczny charakterek i oszczędzę czytelnikom bloga, o ile takowi istnieją, widoku obskurnej karuzeli, gdzie można było sobie pojeździć na monstrualnym, obdrapanym smerfie...


czwartek, 25 grudnia 2014

Wigilia u rodaków

Podsłuchane w Kauflandzie przez mąża.
Państwo wyjeżdżają z pełnym wózkiem, czytają paragon i pani konstatuje z lekkim zdziwieniem: "Paaatrz, na samą wódkę 100 euro poszło". Szykuje się smakowicie zastawiony wigilijny stół, prawdaż?
Wesołych Świąt!

piątek, 19 grudnia 2014

Weihnachtsmarkt na Alexanderplatz - nigdy więcej

Jako że Weihnachtsmarkt  na Alexanderplatz jest najbardziej znany w Berlinie, w nadziei na uniknięcie tłoku wybraliśmy się tam w dzień powszedni,  przed godziną 15.
Pierwsza myśl: o jaciezgniotąmnieizadepczą.
Druga myśl już nie miała szansy się przebić przez ogólną kakofonię audiowizualną. Wyobraźcie sobie promenadę w Międzyzdrojach lub Krupówki w pełni sezonu.  I pomnóżcie razy pięćdziesiąt.
Były czapki w stylu Armii Radzieckiej, maski przeciwgazowe, matrioszki oraz pieski na baterie. Któryś z licznych straganów z ciuchami (niewątpliwie rodem prosto z Chin) obsługiwał pan o urodzie latynoskiej, słuchając głośno muzyki kompatybilnej z wyglądem. Po prostu atmosfera bożonarodzeniowa na całego.
Nawet nie spróbuję sobie wyobrażać, jak tam jest w weekendy, bo jeszcze mi się przyśni.

niedziela, 23 listopada 2014

umiejętność czytania jest rzeczą skomplikowaną

Według firmy 1&1 w każdym razie. Wzięliśmy od nich internet, co wymagało wizyty technika w mieszkaniu, i wraz z innymi papierkami przyszło takie coś:


W lewym górnym rogu napis Proszę przeczytać. No racja, jak się dostaje od firmy telekomunikacyjnej taką kolorową kartkę, to do czego ona może służyć? Aaa, wiem, najlepiej dać dziecku do zabawy, niech se pociecha samolot zrobi. W życiu nie wpadłabym sama, że mam to przeczytać. Ale napisali Bitte lesen, no to przeczytałam.
Otóż, niebieski prostokącik między strzałkami to nalepka, na której w białym okienku należy wpisać swoje nazwisko. Powyżej jest duży napis "Technik - tu proszę dzwonić". Reszta strony to szczegółowa instrukcja, co z tym zrobić. Mianowicie przykleić na domofonie - zamiast normalnej wizytówki z nazwiskiem, która zawsze się tam znajduje (w Niemczech mieszkania nie mają numerów, o czym już wspominałam).

Już sobie wyobraziłam kolekcję nalepek, i jak na zmianę skrobię klej po poprzednich, a przylepiam nowe.  Kilka razy w tygodniu, na okoliczność oczekiwanych przybyszy:
"Listonosz - tu proszę dzwonić"
"Kurier DHL - tu proszę dzwonić"
"Kurier GLS - tu proszę dzwonić"
"Monter liczników z gazowni - tu proszę dzwonić".

W sumie rzecz jest inspirująca, proponuję wdrożyć także w Polsce, i to w wielu ciekawych wariantach. Np.
"Komornik - tu proszę NIE dzwonić"
albo
"Kontrola skarbowa - dzwońcie, ile chcecie, nikogo nie ma, przenieśliśmy firmę do UK i możecie się bujać".

Nalepki nie użyliśmy, na szczęście technik wykazał się inteligencją większą, niż spodziewał się po nim pracodawca - wśród zawrotnej liczby siedmiu wizytówek na domofonie znalazł właściwą, dzięki czemu mogę wyprodukować i zamieścić kolejnego posta.

czwartek, 6 listopada 2014

najpiękniejsze miejsce w Berlinie


Co prawda do Berlina nie jeździ się zazwyczaj po to, żeby przechadzać się nad jeziorem, ale jeśli planujecie tu nieco dłuższy pobyt, bardzo polecam wizytę w tych okolicach, szczególnie rowerem.
Niedaleko lotniska Tegel mamy miejsce o klimacie przypominającym nadmorski kurort. Ze stacji metra Alt-Tegel prowadzi tu deptak pełen restauracji i kafejek. Potem możemy przejść się dalej pod szpalerem drzew. W dni wolne bywa tu tłoczno, ale jeśli wybierzemy się w typowych godzinach pracy - jest prawie pusto.
 

Przy brzegu pałęta się pełno ptactwa wodnego - dzikie gęsi, łabędzie, kaczki, łyski. Towarzystwo jest przyzwyczajone do dokarmiania przez ludzi i tak rozbestwione, że potrafi wyrwać chleb z ręki, jeśli zbytnio będziecie się ociągać z podaniem posiłku.


Przy sprzyjającej aurze na wodzie pełno jest żaglówek i innych pływadeł. Podczas wycieczki rowerowej wokół jeziora widziałam na stosunkowo krótkim odcinku chyba z pięć ośrodków sportów wodnych - kluby żeglarskie itp. Poniższe zdjęcie, wbrew pozorom, nie  przedstawia pełni lata. Tak bajeczną pogodę udało się złapać jeszcze 19 października.

Co jakiś czas można trafić na miniplażę:


Mimo położenia przy gigantycznej aglomeracji miejskiej oraz pływających tu nie tylko żaglówek, ale i stateczków wycieczkowych, woda jest krystalicznie czysta. Podejrzewam, że spuszczenie tu ścieków mocno uderzyłoby delikwenta po kieszeni.
Ten wpis o Tegeler See z pewnością nie będzie ostatnim. Mam nadzieję, że latem przedstawię relację z pobytu na i w jeziorze, a nie tylko z brzegu.

sobota, 18 października 2014

dzień bez strajku to dzień stracony

Mieszkam tu raptem miesiąc i w tym czasie strajkowali już:
- piloci Lufthansy, dwa razy bodajże, i szykują się do kolejnego
- piloci Germanwings
- kolejarze Deutsche Bahn (konkretnie maszyniści), trzy razy
- personel naziemny lotniska Tegel

Wygląda na to, że jest to zjawisko codzienne. Powstał nawet serwis prowadzący rozpiskę bieżących strajków:
www.streikradar.de

Super tu jest, naprawdę. Wpadnijcie do Niemiec. O ile,w przerwie między strajkami, uda się Wam czymś dojechać / dolecieć :-)

środa, 15 października 2014

na grzyby!

Idę ja sobie na spacer, a tu na trawniku pod blokiem takie widoki:


O ile się nie mylę, moje osiedle porośnięte jest obficie... dorodnymi kozakami. Takich ilości nie spotkałam nigdy w polskim lesie, gdzie w sezonie jesiennym jest zazwyczaj więcej grzybiarzy niż grzybów.

niedziela, 12 października 2014

oj, bieda w tym Berlinie

Berlińczykom najwidoczniej coś do pierwszego nie starcza, bo oto znowu ktoś nastawał na moje mienie. Tym razem nie o 1 euro chodziło, ale, ho, ho, przedmioty o zawrotnej wartości ze 2 euro.
Poszłam sobie mianowicie z dziecięciem na plac zabaw. Młode walnęło swoje zabawki do piaskownicy, trochę pogrzebało, a potem poleciało zbierać szyszki, żołędzie oraz oddawać się innym tego typu rozrywkom.
Wracamy, naszymi foremkami bawi się jakaś dwulatka - normalka, cudze zabawki są zawsze ciekawsze niż własne. Obok na trawce przysiadła mamusia, podłożywszy sobie reklamówkę w charakterze izolacji przeciwwilgociowej. Szczebiocze do córci - a jaka ładna babka, a zrób teraz żółwika, a teraz ośmiorniczkę.
Ja akurat nie w nastroju do bratania się z tubylcami (choć zazwyczaj zagajam rozmowę w celach ćwiczenia języka), ględzę sobie z moją po polsku, prawdopodobnie sprawiając wrażenie, że mogę ni w ząb nie znać  niemieckiego.
Po czym po jakimś czasie mamunia oznajmia powrót do domu. Wyciąga spod odwłoka torbę i... starannie pakuje do niej nasze zabawki. Z wielkim zainteresowaniem poczekałam, aż skończy. Faktycznie zmiotła wszystko i zaczęła się oddalać w kierunku roweru z przyczepką. I dopiero wyskoczyłam ze stanowczym: "Halo, ale to jest moje!".
I co usłyszałam w odpowiedzi.
Może" "Przepraszam"?
Może: "Oj, myślałam, że ktoś zostawił swoje stare niepotrzebne zabawki"?
Nie. Z mieszanką jakby pretensji i nadziei w głosie zapytała: "A piłka teeeż?".
Na odpowiedź twierdzącą postawiła torbę z całym majdanem koło mnie i odmaszerowała bez słowa.

Chyba będzie trzeba poszukać bogatszego kraju, bo tu coś mizeria.

Dla uciechy, prezentuję przedmiot pożądania, złożony z niedobitków po różnych kompletach...

środa, 8 października 2014

niech go sczyści górą i dołem!

Kto kiedykolwiek miał ciężkie zatrucie pokarmowe, wie że to okrutna klątwa.
Kogo? A tego, kto mi rąbnął monetę 1 euro z wózka zakupowego. Drobiazg, ale wkurzający.
A było tak.
Jak zwykle, żeby nie taszczyć się z wózkiem między półkami w Kauflandzie, zaparkowałam go gdzieś z boku i poszłam grzebać w warzywach. Wracam, po wózku ani śladu. No, zdarza się, ktoś się pewnie poturlał moim zamiast swoim, więc szukam innego pustego w pobliżu.
Znalazł się parę regałów dalej. Dopiero przy odstawianiu na parkingu wyszło szydło w worka: ktoś go cichcem wypatroszył z 1-eurowej monety.
Okazuje się, że jest to zjawisko znane: Kinder klauen Euro-Münzen aus Einkaufswagen
Co ciekawe, w Polsce nigdy mi się to nie przytrafiło. Siła nabywcza naszej jednozłotówki jest widać tak nędzna, że się nie opłaca.

Mam nadzieję, że to, co sprawca nabył za moje jedno euro, solidnie mu zaszkodzi. Jestem dziś we wrednym nastroju i mu nie wybaczam, o!

środa, 1 października 2014

święta za pasem

Zaczął się październik, najwyższy czas zacząć przygotowania do Bożego Narodzenia. W każdym razie tak uważają Niemcy, a właściwie niemiecki handel. W Ikei zwinięto stoisko z meblami ogrodowymi, a w tym miejscu pojawiły się sztuczne choinki i wystrój generalnie świąteczny. W Kauflandzie właśnie zapełniono wielką półę czekoladowymi Mikołajami.
Czy ktoś tu przypadkiem nie zwariował?

wtorek, 19 sierpnia 2014

Wiuuu, luksusem powiało! Czyli KaDeWe.

Nie należę do osób, dla których "bez metki nie ma podnietki", ale nie mogłam sobie odmówić wizyty w tym miejscu. Jest to drugi co do wielkości dom towarowy w Europie - większy jest tylko londyński Harrods. Siedem pięter ociekających luksusem - są tu do kupienia towary chyba wszystkich najsłynniejszych marek świata: Chanel, Armani, Prada, itd. Niby kompleksów nie mam, ale w dżinsach wycirusach, rozczłapanych adidasach i pchając spacerówkę z wykoślawionymi od polskich chodników kołami czułam się jakby nieco nie na miejscu. (No i dodatki, dodatki! Stroju dopełniała torba samoróbka wykonana z resztek sztruksu i starej kiecki). Wnętrza są bardzo glamour, czy cóś w tym rodzaju.

  

Przy poniższym stoisku ochłonęłam. Metka znanego projektanta i wysoka cena niekoniecznie idzie w parze z wysoką estetyką i dobrym smakiem. Różowych lakierowanych torebek a la Doda nie wzięłabym nawet za darmo.

Podobnie mojego żalu nie wzbudziła finansowa niemożność nabycia kiecki, przecenionej z 559 euro na jedyne 390, a przypominającej mi niedbale rozchełstany szlafrok.

Jest tu też sprzęt AGD, z tych droższych. Nieopatrznie jednak powierzyłam robienie zdjęć mężowi, w związku z czym mogę was uraczyć tylko widokiem na Kenwooda. Półka wypełniona kultowymi mikserami KitchenAid się nie załapała.

Ostatnie piętro to delikatesy.  Istna orgia kolorów i zapewne smaków (nie próbowałam) - choć obstawiam, że kupienie tu czegokolwiek wiąże się z przepłaceniem X razy. Jest to miejsce niewątpliwie nastawione przede wszystkim na najazd turystów o snobistycznych zapędach i wydrenowanie ich kieszeni do dna. Ale pooglądać można.






Jeśli macie w perspektywie podróż zatłoczonym pociągiem, udajcie się natomiast na stoisko z serami i nabądźcie kawałek któregoś. Jak nie wiecie po co, odsyłam do Trzech panów w łódce i rozdziału Zalety sera jako towarzysza podróży. Te z KaDeWe zdecydowanie należą do opisywanej przez pana Jerome kategorii...

poniedziałek, 28 lipca 2014

z walizeczką pieniędzy

Jeśli wybieramy się do Niemiec na okres do dwóch miesięcy (a więc niewymagający meldowania), należy zaopatrzyć się przede wszystkim w gotówkę. Nie będę tu wyważać otwartych drzwi i produkować własnego postu - przeczytajcie artykuł, który choć prawdopodobnie nie pierwszej młodości, nadal jest aktualny:
http://sandrascholz.natemat.pl/52869,w-niemczech-karta-nie-zaplacisz

Przy planowanym dłuższym pobycie najlepiej możliwie szybko się zameldować i założyć konto w niemieckim banku - bez niego wiele rzeczy jest nie do załatwienia. Na przykład założenie telefonu stacjonarnego + internetu zazwyczaj wymaga podania niemieckiego numeru konta, ponieważ abonament będzie ściągany na zasadzie obciążenia konta (Lastschrift). Po długim przeglądaniu ofert firm telekomunikacyjnych spotkaliśmy tylko jedną (Vodafone), która pozwalała regulować rachunki przelewem. Przy czym występowało to jako opcja bardzo niestandardowa i... dodatkowo płatna 2,50 euro miesięcznie za sam "przywilej" płacenia przelewami plus 1,50 euro za przesłanie papierowego rachunku pocztą (obowiązkowe; nie ma możliwości otrzymywania e-mailem pdf).

Nie ukrywam, że ten kraj nie przestaje mnie zaskakiwać - stanowi imponującą mieszankę wspaniale rozwiniętych najróżniejszych dziedzin przemysłu i... chwilami jakiegoś totalnego zacofania w życiu codziennym.



środa, 9 lipca 2014

zameldowanie w Berlinie (@#$%&^!???)

Planując pobyt w Niemczech dłuższy niż dwa miesiące, należy się zameldować. Jest to nie tylko obowiązek prawny, ale też zwyczajna życiowa konieczność, ponieważ bez meldunku nie założymy konta w niemieckim banku, a bez tego trudno cokolwiek zdziałać (polecam artykuł W Niemczech kartą nie zapłacisz oraz następny wpis post na blogu).

W formularzu meldunkowym nie ma nic skomplikowanego: imię i nazwisko, poprzedni adres, nowy adres, data urodzenia - zwykłe dane osobowe. Jedynym nietypowym elementem jest pole "religia" - dotyczy tylko katolików i precyzuje, do którego kościoła należymy (w przypadku Polaków najczęściej rzymskokatolicki). Deklaracja ta zobowiązuje nas w przyszłości do uiszczania podatku kościelnego, a jest on niemały.
Poza wypełnionym formularzem powinniśmy teoretycznie mieć (tzn. tak podaje instrukcja do formularza):
  1. dokument tożsamości ze zdjęciem, czyli dowód osobisty lub paszport - u nas spisano oba dokumenty, zawsze lepiej na wszelki wypadek mieć jedno i drugie
  2. dokument potwierdzający prawo do zamieszkania pod podanym adresem - umowa najmu lub kupna mieszkania; nas urzędniczka o to zapytała, ale w wyjętą z teczki umowę nawet nie zajrzała
  3. osoby w związkach małżeńskich - akt ślubu
  4. osoby samotne i dzieci - akt urodzenia
W praktyce - tak piszą na forach - podobno zazwyczaj wystarczy sam dowód osobisty i nikt nie ogląda reszty papierów. My na wszelki wypadek mieliśmy wszystko (pkt. 4 i 5  - tłumaczenia przysięgłe). Nigdy nie wiadomo, jakie będzie urzędnicze widzimisię.
Procedura zameldowania jest w Berlinie bezpłatna. Wybrać można dowolny urząd, niekoniecznie w pobliżu naszego miejsca zamieszkania.

Tyle konkretów, przechodzimy do części rozrywkowej.

Zapoznawszy się rzetelnie z tematem, zlokalizowałam sobie stronkę z listą urzędów, celem sprawdzenia godzin otwarcia:
http://service.berlin.de/dienstleistung/120686/
Zauważyłam, że nie przepracowują się zbytnio - czynne po siedem godzin dziennie, w piątki pięć. Coby nie stać w kolejce, postanowiłam zaklepać termin online. Poniższy terminarz obejmuje wszystkie berlińskie urzędy:
www.berlin.de/terminvereinbarung

Kliknęłam, i czerwono mi się zrobiło przed oczami. Dosłownie. Na czerwono zaznaczone są dni całkowicie już zajęte. Otóż, najwcześniejsze wolne terminy przypadają za miesiąc. I okazuje się, że ten radosny stan trwa od lat, tu jeden z wielu artykułów na ten temat (2011):
http://www.tagesspiegel.de/berlin/buergeraemter-wer-zuerst-kommt-wartet-zuerst/4375186.html
Niech was nie zmyli sporadycznie pojawiająca się nieczerwona krateczka już za kilka dni. To ktoś właśnie odwołał wizytę, a zwolniony termin zniknie w trzy sekundy.


Tak długie oczekiwanie nie wchodziło w grę, postanowiliśmy sprawę załatwić w dni przeznaczone dla Spontankunden (poniedziałek lub piątek, ale w niektórych urzędach w okresie wakacyjnym nie ma tej opcji w ogóle - tylko rezerwacja). Zdobycie numerka jest równie łatwe jak w Polsce zarejestrowanie się do lekarza. Wystarczy spontanicznie przyjść dwie godziny przed otwarciem urzędu (o szóstej rano). W okolicach siódmej ogonek liczy już jakieś 150 osób. O 7.30 otwierają się bramy raju, czyli rusza automat z numerkami. Kolejka uważnie patrzy na ręce, czy ktoś aby nie bierze więcej niż jeden, ponieważ zdarzają się próby handlu numerkami:
Fünf Euro für eine Wartenummer
Szczęśliwym zdobywcom pozostaje już tylko czekać na obsłużenie, które nastąpi o bliżej nieokreślonej godzinie (numerek podaje tylko nasze miejsce w kolejce) - a jeśli nie zjawimy się w ciągu 5 minut od wywołania, to po ptokach.

Formularze najlepiej wziąć bezpośrednio w urzędzie, ponieważ te w internecie są prawdopodobnie nieaktualne (!!!)
http://www.berlin.de/buergeramt/formulare/?path=/meldeangelegenheiten
Skąd to podejrzenie? A stąd, że w powyżej dostępnych pdf należy zaznaczyć, czy występuje się o Lohnsteuerkarte, która od 1 stycznia 2013 już nie istnieje - w każdym razie tak twierdzą tu:
https://www.elster.de/arbeitn_elstam.php

Druczek, który dali mi w Bürgeramt, takiej pozycji w ogóle nie zawiera, różnice występują także w paru innych polach. Ponadto w instrukcji wypełniania jest informacja o konieczności meldunku w ciągu 7 dni od przeprowadzki, podczas gdy w internecie jest podane 14 dni. Niezły... yyy...  jak to elegancko powiedzieć... dom uciech?

Imię i nazwisko oraz nasz niemiecki adres trzeba wypełnić staranie i wyraźnie, dobrze dociskając długopis, ponieważ jest to papier samokopiujący. Powyższe dane odbijają się na świstku stanowiącym drugą stronę formularza. Niech was jednak nie zmyli jego lichy wygląd - namaszczony pieczęcią i podpisem urzędnika, staje się Bardzo Ważnym Dokumentem, poświadczającym nasze zameldowanie, z którym można się udać do banku itp.

I tym prostym sposobem zostajemy berlińczykam.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

muzeum techniki - kwestia gustu

 Sam budynek owszem, wygląda nowocześnie i interesująco:


Ale wewnątrz czas wyraźnie się zatrzymał. Niestety nie w znaczeniu ochrony przeszłości od zapomnienia, ale w sposobie prezentacji. Jest to klasyczne muzeum typu "eksponat z podpisem". Komu bym poleciła? Chyba głównie miłośnikom historii kolei. Kolekcja lokomotyw jest faktycznie imponująca; szczególnie pierwsze parowozy robią wrażenie. Nie ma się co dziwić, że ludzie kiedyś uciekali na widok "dymiących potworów" - są ogromne (musiały przecież pomieścić w sobie palenisko na węgiel i potężny kocioł). Koła niektórych są wyższe od dorosłego człowieka i nasze współczesne elektrowozy wyglądają przy nich jak zabawki.
 

 O ile wiem, jest też wystawa starych samochodów - myślę, że może być ciekawa. Ale akurat podczas naszej wizyty była nieczynna z powodu jakiejś przebudowy. Bilety z tego powodu bynajmniej nie były tańsze.

Reszta - taka sobie. Na przykład dział poświęcony tekstyliom i gablotki typu "czym się różni materiał tkany od dzianego". Starą singerkę na pedał to chyba nawet można spotkać w niektórych polskich domach:


Ooo, łał, łał, a tu interaktywność à la Deutsche Technikmuseum. Przy odlewie lokomotywy jest guziczek, po przyciśnięciu którego słychać odgłosy pociągu (Był też statek, samolot i samochód. A nawet komputer wydający odgłosy z Windowsa). A tym kółkiem na zdjęciu po lewej można pokręcić. No, trzylatce się to podobało. Ale czy do tego potrzebne jest muzeum?



Tu pierwszy mechaniczny komputer (rekonstrukcja). Owszem, ciekawostka, ale też  jakoś nie skłania do bardzo długiej kontemplacji.




 Część lotnicza ujdzie. W końcu nie zawsze jest okazja obejrzeć wnętrzności silnika odrzutowego:



Pierwsze samoloty rejsowe nie wzbudziły mojego zaufania. Co to jest, blacha falista? Podziwiam pasażerów z tamtych czasów, że też mieli odwagę do tego wsiąść...


Reszta typu parę starych aparatów fotograficznych to też średnia atrakcja. Sporą przestrzeń zajmuje ekspozycja poświęcona przemysłowi farmaceutycznemu, a przede wszystkim... wynalezieniu pigułki antykoncepcyjnej. Znów kilka plansz i gablotek (probówki, opakowania leków, wycinki prasowe) oraz prelekcji możliwych do wysłuchania po założeniu słuchawek i wciśnięciu guzika. No po prostu prezentacja multimedialna pełną gębą.

Całość nas dość szybko znudziła - i zmęczyła (upał, a pomieszczenia nieklimatyzowane). Skutkiem czego zdjęć, jak widać, mało. Kto ma ochotę na więcej, przegląd dostępnych wystaw można zobaczyć na stronie: www.sdtb.de/Dauerausstellungen.80.0.html

W sumie  - ani jakoś szczególnie nie odradzam, ani nie polecam. Mnie osobiście nie zachwyciło, ale może w czyjeś zainteresowania trafi.


czwartek, 1 maja 2014

Poczdam - rajski ogród

Jeśli planujecie dłuższą wycieczkę do Berlina, koniecznie zarezerwujecie sobie cały dzień na Poczdam. Park Sanssouci jest miejscem, z którego nie chce się wychodzić. Nawet osobom kompletnie niezainteresowanym architekturą i sztuką szczęka opada do samej ziemi*.
Wstęp do parku jest darmowy, płatne są tylko bilety do znajdujących się na jego terenie obiektów.

Tuż za wejściem wita nas pałacyk i niezwykłe ogrody tarasowe:

 

Niesamowite wrażenie robią rozsiane po całym parku dziesiątki rzeźb z białego marmuru. Przy każdej z nich zastanawiałam się, ile czasu zajmowało rzeźbiarzowi stworzenie takiego cuda, gdzie każdy szczególik oddany jest z nieprawdopodobną wręcz dokładnością. Szczególnie nie mogłam oderwać oka od piany morskiej i sieci rybackich.

 

 Poszczególne fragmenty parku utrzymane są w różnych klimatach, tu ogród w stylu włoskim:
 
I pawilon chiński:
Kolejne architektoniczne cudo:

Od czasu do czasu zza krzaków wyłaniają się znienacka widoki nieco zaskakujące:


Park jest tak wielki, że zwiedzająca masa turystów dosłownie gdzieś w nim ginie. Nietrudno trafić na miejsca kompletnie puste. To zdjęcie zostało zrobione w pełni sezonu turystycznego - lipiec, niedziela, przepiękna pogoda.

 *Niestety, w składzie naszej trzyosobowej wycieczki trafiła się jedna malkontentka. "A gdzie jest placyyyyk? Ja chcę na placyyyk!". Miejsce cudne, ale z zamiłowaniami trzylatków trochę się rozmija...