niedziela, 23 listopada 2014

umiejętność czytania jest rzeczą skomplikowaną

Według firmy 1&1 w każdym razie. Wzięliśmy od nich internet, co wymagało wizyty technika w mieszkaniu, i wraz z innymi papierkami przyszło takie coś:


W lewym górnym rogu napis Proszę przeczytać. No racja, jak się dostaje od firmy telekomunikacyjnej taką kolorową kartkę, to do czego ona może służyć? Aaa, wiem, najlepiej dać dziecku do zabawy, niech se pociecha samolot zrobi. W życiu nie wpadłabym sama, że mam to przeczytać. Ale napisali Bitte lesen, no to przeczytałam.
Otóż, niebieski prostokącik między strzałkami to nalepka, na której w białym okienku należy wpisać swoje nazwisko. Powyżej jest duży napis "Technik - tu proszę dzwonić". Reszta strony to szczegółowa instrukcja, co z tym zrobić. Mianowicie przykleić na domofonie - zamiast normalnej wizytówki z nazwiskiem, która zawsze się tam znajduje (w Niemczech mieszkania nie mają numerów, o czym już wspominałam).

Już sobie wyobraziłam kolekcję nalepek, i jak na zmianę skrobię klej po poprzednich, a przylepiam nowe.  Kilka razy w tygodniu, na okoliczność oczekiwanych przybyszy:
"Listonosz - tu proszę dzwonić"
"Kurier DHL - tu proszę dzwonić"
"Kurier GLS - tu proszę dzwonić"
"Monter liczników z gazowni - tu proszę dzwonić".

W sumie rzecz jest inspirująca, proponuję wdrożyć także w Polsce, i to w wielu ciekawych wariantach. Np.
"Komornik - tu proszę NIE dzwonić"
albo
"Kontrola skarbowa - dzwońcie, ile chcecie, nikogo nie ma, przenieśliśmy firmę do UK i możecie się bujać".

Nalepki nie użyliśmy, na szczęście technik wykazał się inteligencją większą, niż spodziewał się po nim pracodawca - wśród zawrotnej liczby siedmiu wizytówek na domofonie znalazł właściwą, dzięki czemu mogę wyprodukować i zamieścić kolejnego posta.

czwartek, 6 listopada 2014

najpiękniejsze miejsce w Berlinie


Co prawda do Berlina nie jeździ się zazwyczaj po to, żeby przechadzać się nad jeziorem, ale jeśli planujecie tu nieco dłuższy pobyt, bardzo polecam wizytę w tych okolicach, szczególnie rowerem.
Niedaleko lotniska Tegel mamy miejsce o klimacie przypominającym nadmorski kurort. Ze stacji metra Alt-Tegel prowadzi tu deptak pełen restauracji i kafejek. Potem możemy przejść się dalej pod szpalerem drzew. W dni wolne bywa tu tłoczno, ale jeśli wybierzemy się w typowych godzinach pracy - jest prawie pusto.
 

Przy brzegu pałęta się pełno ptactwa wodnego - dzikie gęsi, łabędzie, kaczki, łyski. Towarzystwo jest przyzwyczajone do dokarmiania przez ludzi i tak rozbestwione, że potrafi wyrwać chleb z ręki, jeśli zbytnio będziecie się ociągać z podaniem posiłku.


Przy sprzyjającej aurze na wodzie pełno jest żaglówek i innych pływadeł. Podczas wycieczki rowerowej wokół jeziora widziałam na stosunkowo krótkim odcinku chyba z pięć ośrodków sportów wodnych - kluby żeglarskie itp. Poniższe zdjęcie, wbrew pozorom, nie  przedstawia pełni lata. Tak bajeczną pogodę udało się złapać jeszcze 19 października.

Co jakiś czas można trafić na miniplażę:


Mimo położenia przy gigantycznej aglomeracji miejskiej oraz pływających tu nie tylko żaglówek, ale i stateczków wycieczkowych, woda jest krystalicznie czysta. Podejrzewam, że spuszczenie tu ścieków mocno uderzyłoby delikwenta po kieszeni.
Ten wpis o Tegeler See z pewnością nie będzie ostatnim. Mam nadzieję, że latem przedstawię relację z pobytu na i w jeziorze, a nie tylko z brzegu.