niedziela, 26 lipca 2015

przedszkole cz. III Pierwsze dni

I oto moja niespełna 5-letnia pociecha doczekała się wreszcie przyjęcia do przedszkola. Udało nam się znaleźć miejsce w małej placówce ewangelickiej (wszystkich dzieci 52, podzielone na dwie grupy wiekowe).
Dzieci przyjmowane są niezależnie od wyznania rodziców oraz tego, czy są ochrzczone i w jakiej wierze, natomiast w ramach zajęć są elementy wychowania religijnego - modlitwa przed jedzeniem, pogadanki z pastorem, przygotowania i udział w świętach kościelnych.

Przedszkole finansowane jest przez państwo (na podstawie bonu przedszkolnego, o którym pisałam tutaj), płacę tylko za obiady - 23 euro miesięcznie. Śniadanie oraz coś do przegryzienia w godzinach poobiednich (np. owoce) trzeba przynieść własne.

A tak wyglądały początki.
Dzień pierwszy to tylko krótka, godzinna wizyta, przeznaczona na zwiedzanie i zagospodarowanie się. Przydzielono nam wieszaczek w szatni i miejsca na półce w łazience. Przynieść trzeba było tylko rzeczy osobiste - szczoteczkę do zębów, ubrania na zmianę. Wszystko inne (papier do rysowania, kredki, plastelina itp.) zapewnia przedszkole.
Poznałyśmy także wychowawczynię bezpośrednio odpowiedzialną za dziecko. Przeprowadziła ze mną krótki wywiad (dziecko nieśmiałe czy otwarte, czy nie ma jakichś alergii pokarmowych i inne niezbędne informacje).
Wszystko zorganizowane jest tak, by nie przyjmować zbyt wielu nowych dzieci naraz i aby przez pierwsze dni wychowawczyni miała pod okiem tylko jednego takiego delikwenta.

Dzień drugi. Znów tylko na godzinkę, ale mama znika z oczu dziecka - czeka jednak w szatni.
Dzień trzeci. Po raz pierwszy bez mamy! Wypuścili mnie na dwie godzinki.
Dzień czwarty i kolejne: Jako że dziecię za mamą nie płacze, mogło zostać także na obiad (czyli chodzimy na razie 9-13). Tak mniej więcej dwa tygodnie; w kolejnym przechodzimy na "pełny etat", czyli 9-15.
Okres adaptacyjny zależy oczywiście  od wieku i charakteru dziecka.

Jak dotychczas mam same dobre wrażenia. Co mi się szczególnie podoba?
  • Bezpieczeństwo - drzwi są cały czas zamknięte, żeby wejść, trzeba zadzwonić. Nie ma możliwości, żeby po budynku pałętała się obca osoba.
  • Własna kuchnia - potrawy są skromne (np. jajko na twardo w sosie, grochówka, makaron z brokułem), ale z pewnością zdrowe (nie karmi się dzieci plastikowymi parówkami itp). Jeśli budżet pozwala, kupowane są produkty bio.
  • Absolutny zakaz przynoszenia słodkich produktów na śniadanie i popołudniową przegryzkę. Dotyczy to nawet jogurtów - wiadomo, nie każdy rodzic czyta dogłębnie etykiety, a szczególnie "jogurty dla dzieci" potrafią być bombą cukrową.
  • Sporo pomieszczeń - poza tymi do zabawy jest oddzielna salka do gimnastyki, m.in. z dużymi materacami.
  • Przy ładnej pogodzie wszystko, łącznie z posiłkami, odbywa się na dworze.
  • Do dyspozycji jest należący do parafii ogródek, z możliwością poskubania np. porzeczek prosto z krzaczka. Były też plany zorganizowania zabawy z wodą (takiej na całego, w kostiumach kąpielowych), ale znienacka upał się skończył i na razie nie wypaliło.
  • Na dwór wychodzi się także przy pogodzie kiepskiej - na taką okoliczność kazano przynieść nieprzemakalne spodnie i płaszczyk przeciwdeszczowy.
  • Dbałość o to, żeby rozłąka z mamą nie była traumą; stopniowe przyzwyczajanie do jej nieobecności. Jak dla mnie - aż do przesady, bo mam egzemplarz, który najchętniej by z przedszkola nie wychodził wcale. Ale dzieciom najmłodszym czy bardziej nieśmiałym takie łagodne przejście na pewno oszczędza stresu.

piątek, 3 lipca 2015

niemiecki dla dzieci - Berlin Reinickendorf

Jeśli macie pociechę w wieku 3-6 lat, niechodzącą jeszcze do przedszkola, a chcecie ją trochę oswoić z niemieckim, polecam kurs dla dzieci w Reinickendorf. Grupy liczą maksymalnie 12 dzieci, zajęcia odbywają się codziennie, po 3 godziny, do wyboru są dwie godziny rozpoczęcia:

8.30–11.30 Kinderzentrum Pankower Allee 51
12.00-15.00 Familienzentrum Letteallee 82–86

Szczegóły i dane kontaktowe w ulotce - pdf do pobrania.

Do grupy można dołączyć w dowolnym momencie. Na dzień dzisiejszy wiadomo, że kurs będzie trwał do końca grudnia 2015,  organizatorzy starają się o przedłużenie go na następny rok. Udział jest całkowicie bezpłatny, przynieść trzeba tylko kapcie. Wszelkie kredki, farby, plastelina itp. są zapewnione.

Trochę przypomina to przedszkole - dzieci mają organizowane różne zabawy, rysują, lepią z plasteliny, przy ładnej pogodzie wychodzą na dwór. W połowie zajęć jest krótka przerwa na małą przekąskę - owoce, warzywa, pieczywo chrupkie. Przebieg zajęć dostosowany jest do tego, że są to dzieci, które ani be, ani me po niemiecku - tzn. główny nacisk kładzie się na umiejętność nazwania spotykanych na co dzień przedmiotów i czynności.

Dzieciom można towarzyszyć, nawet przez całe zajęcia. Ja szybko się przekonałam, że najlepsze, co mogę zrobić, to spłynąć i nie przeszkadzać paniom prowadzącym :-) Skądinąd, kapitalna jest obserwacja, jak maluchy niemające w ogóle wspólnego języka (każde z innego kraju: Polska, Rosja, Rumunia, Pakistan itp.) wspólnie się bawią, a z czasem trochę zaczynają się porozumiewać ze sobą po niemiecku.

Z efektów jestem zadowolona - myślę, że było to dobre przygotowanie do przedszkola. Dziecko rozumie wiele poleceń, umie poprosić o jedzenie, picie czy wyjście do toalety. A także, wydaje mi się,  naskarżyć, jeśli ktoś bije :-)

Uwaga - kurs nie zastępuje obowiązkowego douczania językowego przed pójściem do szkoły, więcej o tym we wcześniejszym poście: przedszkole cz. II Sprachförderung. Stanowi jednak świetną "poczekalnię" przed rozpoczęciem przedszkola, szczególnie dla dzieci, które nie chodziły do niego w Polsce. Oswaja z pobytem bez mamy i z obcym językiem. Polecam!