piątek, 6 listopada 2015

przedszkole polskie i niemieckie - porównanie

Zrządzenie losu sprawiło, że nie mieszkam już w Berlinie. Dało mi to okazję porównać dwa przedszkola: niemieckie i polskie. Zestawienie wyszło dość ciekawie
 
Bezpieczeństwo
Szukając miejsca i zapisując się na listę oczekujących, odwiedziłam siedem niemieckich przedszkoli. To, co zobaczyłam,nie zachwyciło mnie specjalnie. Cztery stały całkowicie otworem, każdy mógł wejść i szwendać się do woli. Dwie małe placówki miały domofon i nie dało się wejść niezauważonym, bo kadra patrzyła, kogo przyniosło, trzecia mimo domofonu była zbyt duża, by to "zabezpieczenie" coś dało.
Do przedszkola polskiego wchodzę na elektroniczny breloczek, który nie tylko otwiera mi drzwi, ale i rejestruje wszystkie wejścia i wyjścia.



Czas pobytu na powietrzu, ruch
Wygrywa placówka niemiecka. Przy ładnej pogodzie dzieci były cały dzień na dworze, nawet rysowanie odbywało się na przedszkolnej werandzie. Praktycznie codziennie odbywały się wyjścia na ogólnodostępne place zabaw, nie kisili się tylko na swoim podwórku. Gimnastyka była wpisana w normalny tok zajęć, a nawet organizowano jogging po pobliskim parku. Należało też przynieść kalosze, okrycie przeciwdeszczowe i nieprzemakalne spodnie - kiepska pogoda to nie powód do rezygnacji z wyjścia!
 W Polsce niestety nasze przedszkole ma do dyspozycji tylko własny placyk, brak w pobliżu terenów zielonych. Gimnastyka jest dwa razy w tygodniu jako zajęcia dodatkowo płatne.

Posiłki
Tu mam uczucia mieszane. W niemieckim śniadania i popołudniową przekąskę (owoc, warzywo lub pieczywo chrupkie) dzieci musiały przynieść ze sobą. Obiady były jednodaniowe i zdawały mi się mało urozmaicone. Dyżurną potrawą był makaron z sosem, pojawiający się regularnie co poniedziałek. Często gościł na stole Eintopf  ze strączkowych (groch, fasola). W piątki zawsze ryba, raz trafił się ryż z krewetkami. W polskim jest zapewnione śniadanie i dwudaniowy obiad (ale czy naprawdę potrzebny jest tak obfity posiłek???),  poza tym dzień w dzień  mięso, też przesada.

Opłaty
Ten punkt jest dość zaskakujący. Polskie przedszkole jest droższe od niemieckiego. W Berlinie 7 godz. dziennie kosztowało 23 euro (opłata za wyżywienie). Nie wymagano też przyniesienia żadnej "wyprawki" poza odzieżą na zmianę i szczoteczką do zębów.
W Polsce za 6 godzin wychodzi ok. 150 zł / miesiąc plus 200 zł rocznie na Radę Rodziców, z której to puli finansowane są np. wycieczki. Do tego jednorazowy wydatek na materiały do prac plastycznych - ponad 100 zł. Gimnastyka, rytmika, zajęcia taneczne - płatne dodatkowo, po 32 zł miesięcznie.


Przygotowanie do szkoły
W Niemczech do szkoły idą, jak u nas, sześciolatki. Nie ma jednak czegoś takiego jak obowiązkowa zerówka. Do przedszkola, przez półtora roku przed rozpoczęciem szkoły, muszą uczęszczać tylko te dzieci, u których stwierdzono niedostateczną znajomość niemieckiego (tzw. Sprachförderung). Opanowanie języka plus tzw. "kompetencje społeczne" to główny parametr decydujący o przyjęciu do szkoły (można je opóźnić o rok w razie konieczności), posiadana przez dziecko wiedza i umiejętności (znajomość liter, liczenie) nie ma specjalnego znaczenia.
W przedszkolach niemieckich nie ma podziału na roczniki, zazwyczaj są dwie grupy, 2-4 i 4-6 lat. Tylko na niektóre zajęcia czy wycieczki dzieli się potem dzieci na podgrupy.

Edukacja
Niemieckie przedszkole - nasze przynajmniej - stawia chyba głównie na zabawę. Strona edukacyjna była, mam wrażenie, nijaka. Przez dwa miesiące dziecko przyniosło do domu jedną pracę plastyczną: trzy szyszki przyklejone do kartki papieru. W Polsce co chwila robią jakieś dzieła, i to z wykorzystaniem wszelakich dóbr papierniczych dostępnych na rynku: kolorowe brystole, klej brokatowy, cekiny itp. W programie mają angielski oraz pracę z podręcznikiem.
Nie oceniam jednoznacznie, bo nie wiem, czy w Polsce jednak nie przeciąża się zbytnio pięciolatków nauką. Ale z drugiej strony, niemiecka placówka wyglądała wręcz... biednie, organizując dzieciom zajęcia z garścią kredek i jakimś nędznym papierem, mam wrażenie, że z odzysku (stary papier drukarkowy? miewał perforowane, odrywane brzegi...).
Reformując polski system szkolnictwa i wysyłając sześciolatki do pierwszej klasy,  trąbiono że tak jest w całej Europie. Owszem, ale sądząc po przedszkolu, dopiero niemiecka pierwsza klasa jest prawdopodobnie na poziomie polskiej zerówki. A i tak pojawiają się narzekania, że sześciolatki są jednak za małe do szkoły i powinno się podnieść wiek pierwszoklasistów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz